niedziela, 8 maja 2011

I. Początki mojej twórczości



Nie od razu zostałam malarką. O, nie, nie!
Pomimo tego, że bardzo pragnęłam malować, w szkole podstawowej na rysunkach zawsze ktoś był lepiej oceniany ode mnie.
Pamiętam te czasy jak dziś... Namalowałam pejzaż, za który otrzymałam czwórkę. Spytałam panią od rysunków, dlaczego nie piątka, a ona odpowiedziała, że według niej zasługuję na czwórkę. Spytałam, co trzeba zrobić, żeby dostać piątkę, a ona odpowiedziała, że nie wie.
A ja przecież te moje rysunki tak kochałam! Kochałam zwłaszcza kwiaty od najmłodszych lat.
Nie wiem, ile wtedy miałam, ale wiem, że nie chodziłam jeszcze do szkoły, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam rosnący przy basenach dziki bez. Właśnie zakwitł jak koronka. Nigdy nie zapomnę tego pierwszego wrażenia! Cudny, delikatny, wonny... Nie mogłam oderwać oczu od tej doskonałej, namacalnej mgiełki kwiatuszków...
Potem, kiedy byłam już starsza, pojechałam na kolonie. Podczas snu podniosłam się i powiedziałam:
„kocham, kocham, kocham – po czym, wypowiadając słowo „kwiaty, opadłam z powrotem na poduszkę... O tym incydencie opowiedziały mi koleżanki. Ale ja wiedziałam, że to prawda! Tak, kochałam kwiaty! Od najmłodszych lat! Zarówno wtedy, kiedy byłam dzieckiem, a mama splatała mi wianki ze stokrotek, jak
i wtedy, kiedy byłam jeszcze panną, a mój chłopak przyniósł mi pierwsze frezje...
Kochałam je wszystkie: leśne, polne, przydrożne, kwiaciarniane. Ale wtedy chyba najbardziej kochałam tulipany i... róże! Ale nie te róże ze sklepu, takie poukładane, grzeczne i równe, wszystkie jednakowe. Tylko te róże z ogródka, rosnące własnym życiem, trochę niegrzeczne i wyrastające jakkolwiek. Albo rosnące gdzieś przypadkiem, własnym życiem, takie dzikie i nieokiełznane...
Mogłam wtedy godzinami na nie patrzeć i próbować zrozumieć ich niepowtarzalne i tak szybko gasnące piękno...

II. Kontemplacja piękna



W tym czasie jeszcze nie malowałam. Podziwiałam mojego brata, który z każdej świeczki znalezionej
w domu potrafił wystrugać coś niepowtarzalnego, a obierane na obiad ziemniaki zamieniał
w zachwycające przedmioty o różnych kształtach. Potrafił też narysować wszystko, o cokolwiek
się go poprosiło. Wkrótce zaczął malować obrazy olejne.
Ja dopiero rodziłam się ze słów...
Smakowałam zmysłami piękno otaczającego mnie świata, nazywałam je i budziłam do życia
w wierszach.
Powierzałam swoje uczucia poezji, która stała się dla mnie całym moim światem.
Cała byłam poezją, skąpaną w słońcu, oprószoną śniegiem. Moje usta pieściły słowa, zmysły chwytały sercem ulotność wyobrażeń. Spragniony język poznawał smak soczystych dźwięków, a moje ciało było podatne na piękno. Zastygła w zachwycie, zasłuchana, cała byłam poezją...

III. Zapakowany prezent



moje zapatrzenie
na traw smukłych zieloność
na nieba kaprysy
i przyziemność
odczuj...

moje zapatrzenie
na westchnienie ziemi
na rozstajność dróg
przygarnij...

i zakochania mojego usłuchaj
na tkliwość poezji
i sznur korali
z jarzębin...

...tak pisałam w 1977 r.  nie wiedząc, że namaluję ten obraz.
Wtedy wiedziałam tylko, że podczas Sakramentu Bierzmowania otrzymałam od Pana Boga jakiś dar.
Ale nie miałam pojęcia jaki!
Leżał on sobie u mnie w pokoju na szafie, a ja  wyobrażałam sobie w myślach, jak go rozpakowuję
i pokazuję światu...

V. Świat starych dat

Tam, w niedalekiej przeszłości,
został nasz światek urządzony gratami:
stary adapter i z bluesem płyty,
nad stołem półka z książkami.

Świat przepojony zapachem wosku,
odgrodzony od życia fantazją, zmysłami.
Ulokowany w nieskończoności.
Obramowany czterema ścianami.
Świat karykatur, kulawych krzeseł,
papierosów i petów palonych tajemnie.
Nocy bezsennych, wszechświata mocy –
co dzisiaj z tego zostało we mnie?
Gościł w nim często znany Idiota,
o sercu i duszy dziecka.
Szczery do bólu, pełen poświęceń;
zwiodła go miłość podstępna, zdradziecka.
Przychodził Grün, Pastuszek, Schiller,
na życie z receptami.
Spacerowali po naszym światku
zasnuci poglądami.
W tym naszym światku starych dat
beztroski zatrzymany czas
projektował słodkie sny.
Tym naszym światkiem młodości praw
 byliśmy po prostu my.

Ten wiersz najbardziej oddaje nastrój tamtych czasów... Literatura, filozofia, teatr... Długie rozmowy
z przyjacielem o "Monadzie", sterty przeczytanych książek i stary adapter z bluesem...
Pamiętam, że czytałam wtedy przy latarce pod kołdrą  albo przy świeczce, bo rodzice zabronili mi "siedzieć po nocy". Byliśmy biedni. Trzeba było oszczędzać na wszystkim: na elektryczności, chlebie, maśle...
Junkers w naszej łazience był zepsuty, myłam się w  żelaznej wanience w moim pokoju, a rytuał słuchania muzyki w takt namydlania ciała sprawiał mi przyjemność... Bo to nie w naszej biedzie tkwił problem, ale w nieustannych kłótniach rodziców... Pamiętam, jak było mi wstyd, gdy kolega, który odprowadził mnie pod dom, powiedział:
Słyszałem, że w tym bloku mieszkają jacyś starzy, którzy strasznie się kłócą.
No cóż odparłam cytatem z "Małego Księcia" mowa jest źródłem nieporozumień...
Uciekałam więc w fascynujący świat poezji, prozy i sztuki. Podziwiałam obrazy  mojego brata i Jego talent, który ujawnił się już w szkole podstawowej. Ryszard czerpał wzory z głowy i sypał nimi jak z rękawa. Był moim mistrzem, niedościgłym wzorem... Nie miałam pojęcia, że i mnie Bóg podarował taki talent...

IV. Czar poezji


zaśmiecałam ten świat
uporczywie
podartymi rękopisami
nowo narodzonych wierszy

ale one istniały
gdzie nie spojrzałam
wszędzie ich było pełno
ulatywały ze mnie w powietrze
oddychałam
i już byłam nabrzmiała poezją

próbowałam ją wytrzepać
z rękawów kapeluszy włosów
ale korzenie obrosły moje wnętrze
zespoliły ciało....

Tak. To było silniejsze ode mnie. Wszystko, na co popatrzyłam, układało się w pewną całość: tworzyło klimat i wzbudzało zachwyt. Nawet cierpienie, nieodłączny czynnik ludzkiej egzystencji, było czymś oczywistym i stawało się przyjazne po przetworzeniu w poezję. Nic nie było mi tak bliskie i cenne jak wiersze.
Moim ulubionym okresem literackim stał się romantyzm.W tamtym okresie uczyłam się na pamięć większości sonetów Mickiewicza, jego Ballad i romansów. Niektóre pamiętam do dzisiaj. Zresztą wiersze  same wchodziły mi do głowy, wystarczyło, że parę razy je przeczytałam.
A cytat z Romantyczności – „Czucie i wiara silniej mówią do mnie niż mędrca szkiełko i oko stał się moim nieodłącznym życiowym mottem... do dziś.

VI. Wejście w dorosłość

Jesień dała mi ciebie.
Spacerowaliśmy po ulicach
smagani przez wiatr
na przekór wszystkim przepowiedniom świata.
Na przekór jesiennemu chłodowi...

Wielkie marzenia, wielkie słowa, wielkie plany. I... ślub.
Byliśmy tacy niedojrzali do małżeństwa... Nafaszerowani wiedzą na różne tematy, ale zwyczajnie nie wiedzieliśmy jak żyć... Ot, zagubione we Wszechświecie dzieci.
Moje marzenia o wielkiej miłości rozwiały się we mgle.
Nie czułam się kochana i sama też nie umiałam kochać bezgranicznie, bez wymagań, bez wzajemności...
Kiedy na świat przyszły dzieci, miłość macierzyńską przelałam na nie. A swoją potrzebę kochania zastąpiłam potrzebą tworzenia. Prawie każdej nocy modliłam się do Boga po cichu, aby niepokój mojego ciała nie obudził Ciebie śpiącego.
"Hymn o miłości" leżał bezużytecznie na półce podobnie jak nierozpakowany prezent.

VII. Uroki wsi

        
                                                                                      Biedronka :)

W moich włosach mieszkała
biedronka czerwona, mała.
Bose nóżki odpoczywały,
gdy skrzydełka latać nie chciały.

Mieszkała nie znając mnie wcale,
nie prosząc o pozwolenie.
Wypadła, gdy rozczesałam
włosy grzebieniem...





W tym czasie mieszkaliśmy na wsi. Jak tam było cudownie! Dosłownie z okna widziałam las. Mogłam iść z dziećmi drogą przez pola i podziwiać rosnące tam kwiaty. Albo skręcić od razu w las i iść znajomą dróżką przez zwalone drzewo do małej polanki, na której w maju zakwitały konwalie. Bardzo lubiłam klimat wczesnej wiosny, przed świętami Wielkanocnymi, kiedy w lasach pojawiały się przylaszczki. Tworzyły one prawdziwy, delikatny dywan...
Moi chłopcy często przynosili mi kwiaty do domu.
Zawsze wieczorem chodziliśmy razem po mleko. Po drodze napawaliśmy się zapachem maciejki, która kwitła w ogródkach za domami. A wczesnym rankiem wybudzało nas donośne pianie kogutów.
Byłoby tak cudownie, gdyby nie ta nasza wspólna dorosła samotność...
Miałam w sercu taką pustkę! Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak ją zapełnić...

VIII. Poszukiwanie Boga

obnażam kartki
bielą czystą
nagą
otumanione
odcieniem uczuć
radości i smutki
uproszczone
obnażam...

pośrodku liter rzędy
słowa ustalone przeze mnie
kim jestem
jeszcze się nie narodziłam
wykształcam się
ze słów Bożych
się rodzę...

Tak napisałam w 1986 r.
W moim życiu było zawsze miejsce dla Boga. Chciałam Go gościć w moim sercu, ale Żywego.
Czekałam na Niego, ale myślałam, że się nie zjawia...
Chciałam, żeby do mnie przemówił, a jednocześnie byłam pewna, że to niemożliwe...
Oczywiście, byłam wierząca. A przynajmniej tak mi się wydawało. Tzn. wiedziałam, że Bóg istnieje.
Ale wiedziałam też, że to za mało. Byłam zimna... Na szczęście nie letnia i na moje nieszczęście nie gorąca. Ale zimna. Być może dlatego Bóg nie wypluł mnie z wnętrzności swoich...
Byłam wierząca na tyle, na ile wiedzę o istnieniu Boga można nazwać wiarą... Ale nie można. Niestety. To tylko domniemywanie. Asekuracja... Wiara na wszelki wypadek...
Pewnego dnia Bóg do mnie przemówił... Ale na ten dzień musiałam jeszcze poczekać.
Do brata  chodziłam często. Podziwiałam Jego nowe obrazy, które tak szybko znikały. Tematycznie jednak nie pasowałyby do mojego mieszkania. Malował przeważnie konie, powozy, portrety naszych przodków itp. A ja chciałam, żeby namalował dla mnie kwiaty...

IX. Wakacje

Myślała o nim cały dzień.

Na wieczór spędził z powiek sen
cień, co się wdarł jak kot
w spłowiałe ramy dawnych tchnień.

Myślała o nim potem w noc.
Nad ranem zadrwił miniony czas
z miłości oszukanej tą rozłąką.
W myślach spacerowała łąką.

Ranek, co splatał ulataniem
powieki znużone tym czekaniem,
choć dzień w zanadrzu miał,
po prostu sen jej dał.

Pod wieczór, otulona kocem,
wkradła się noc jak ćma.
Na niego zła...

1982 r.

Wyjechałam z dziećmi z tego zimnego mieszkania. Były wakacje, wokoło kwitły cudne kwiaty, w powietrzu unosiła się duchota wielkomiejskiego zgiełku. Wielki świat kolorowych świateł i neonów.
Próbowałam o wszystkim zapomnieć, ale miałam złamaną duszę. Ucieczka nigdy nie rozwiązuje problemów, tylko przesuwa je w czasie. W sobotę odwiedziłam jedną z moich cioteczek. Jej mąż właśnie wybierał się do "swojego" kościoła i zaproponował, żebym z nim pojechała.
Zgodziłam się. Wujek prosił, abym zachowywała się rozsądnie, ale ja i tak nie wzięłam chusteczki przed wejściem do środka, bo nigdy nie było mi w niej do twarzy.
To był zbór. Dokładnie nie pamiętam jaki. Wszyscy byli tacy życzliwi i zainteresowani mną.
W czasie składania świadectw ktoś powiedział o jakiejś zbłąkanej owieczce, wiedziałam, że chodzi o mnie. A więc już próba zawłaszczenia! Co to, to nie. Byłam tam chyba ze zwykłej przekory. Otóż ciocia jako katoliczka  nigdy nie zaakceptowała "dziwactw" wujka, chociaż go kochała.
Babcia w ogóle była zgorszona tym i nazywała religię zięcia "szataństwem".
Przy okazji zabraniano mi z nim kontaktów. A on tak ciekawie mówił o miłości cytatami z Pisma Świętego...

X. Tęsknota



Jak dawno nie byłam dzieckiem
pod koniec zimy
bazie obrodziły w tym roku
pieszcząc moje dłonie

ciało
spowite w szaro-mglisty las
obnażyło tęsknotę
za miłością...




Tęskniłam za miłością.
Ale nie za zauroczeniem, które mija.
I nie za związkiem chemicznym, który ma prawo się wypalić i potem można sobie spokojnie powiedzieć: Miłości już nie ma. I usprawiedliwić to: Wypaliła się.
A przecież prawdziwa miłość jest constans: istnieje zawsze i jest niezmienna.
Nie jest jak ogień, który się wypala, ale jest wypalana w ogniu.
Nie jest jak słońce, które gaśnie, ale jest tak gorąca.
Nie jest jak czas, który mija, ale istnieje wiecznie.
O takiej miłości marzyłam. Pragnęłam ją znaleźć, ale nie dla siebie, tylko w sobie...
Człowiek został stworzony do takiej miłości.
Aby tak pokochać, trzeba zrozumieć miłość Boga: kocha On wszystkich jednakowo,
bez względu na zasługi, bez względu na wszystko...
Chciałam nauczyć się rozumieć i wybaczać, bo są to nieodłączne atrybuty miłości.
Nie było to łatwe: odgruzować miłość przysypaną doświadczaniem żalu, gniewu i rozczarowań.
Spojrzeć na dawne urazy i zranienia i powiedzieć: dobrze, że jesteście.
Pokochać nieprzyjaciół swoich i życzyć im dobrze.
Zostać uderzonym w jeden policzek i nadstawić drugi...
Bez pomocy Boga byłoby to niemożliwe...

XI. Wartość słów



 Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało. [...]
 /wg Ewangelii św. Jana/




 O! Gdybyśmy tylko nie marnowali tak słów! Wystarczyłoby zrozumieć dobre słowo rodzi dobro, a złe słowo rodzi zło...
Niby takie proste, a takie trudne! A przecież złe słowa de facto nie istnieją.
To nie dźwięki  ranią, one stanowią tylko fikcję umowności!
Ten sam wyraz w innym języku znaczy zupełnie co innego!
Ranią nas nasze własne, wrogie uczucia!
Najpierw jednak rodzą się one w słowach.
Wszystko, co wypowiadamy, nabiera mocy. Ożywa. Staje się.
Potem zostaje "utrwalane" poprzez powtarzanie, które kształtuje naszą przyszłość, wpływając na wybór. Wszystko, co nas bezpośrednio dotyka, znajduje się jednak w teraźniejszości. To ona zbiera owoce naszych wcześniejszych wyobrażeń. Jeśli "zaprogramowaliśmy" dobre doświadczenia stają się naszym udziałem.
Zaś popełniane błędy potęgują negatywne emocje. Z nich wykluwa się nienawiść,
zazdrość i rozpacz, która zabija miłość!

potok liter
dźwięków szał
poskładany wyraz dał

zdanko
zdanie wymówione
w barwnej gamie
zdusza domysł
zwalnia tętno
by nam słowem
zrobić piętno...

XII. Zaproszenie na koncert

Lubiłam noce. Były one spokojne, zrównoważone i ciepłe. Przytulne i ciche.
W nocy miałam czas, żeby zwolnić i pomyśleć. Zastanowić się nad swoim życiem,
posłuchać odgłosów lasu.
Pewnego razu nocą zostałam zaproszona na leśny koncert.
Za pomocą słów namalowałam obraz, który powstał w duszy...
I tak go zatytułowałam.

Zaproszenie na koncert


zapalam lampę
oknem spogląda na mnie
rozświetlony skrawek nocy

wyciągam ręce
a im dalej w mrok
tym bliższy jest spokój

w tym lasku przy drodze
rechoczą żaby
słyszę jak przemawiają
do mnie jego mieszkańcy

czy nawołują do miłości
zapraszają mnie na koncert
koncert koncert

właśnie koniki polne
nastrajają skrzypce do gry
delikatna symfonia leśnych
dzwonków wskazuje drogę

a więc wybiła godzina variétés


pośpiech zdradzany trzaskiem
łamanych gałęzi
płoszy myszy
co pilnują leśnych śpiżarni
i już wiatr
szarpie struny leśnych harf
upuszcza nuty i zbiera
koi najgłośniejsze myśli

rozchyla swe ramiona
krzew dzikiej róży
zaprasza szumem liści
towarzyszy piano-akordom
podryguje smużka światła
takt wybija dzięcioł
zaszyty w ciemnościach
kołyszą się korale jarzębin
mrucząc murmurando

cały las rozdzwania muzykę
czystą i dźwięczną
ku polom i łąkom
ku światłom i cieniom życia

i tańczą gwiazdy
w ciemnej smudze mgły tak lekko
że mogłyby wejść na mleczną drogę
i rozświetlić piękno stworzenia
otrzymane w posagu

nagle jakieś cienie
dotykają gwałtownie traw
pisk nietoperza zdradza niepokój

nagle drzewa szukają podstępnie
ofiary zwidzeń
potrącany przez ćmy przestrasza
mechaty akompaniament
nagle rozkrzykuje się
jakiś gołąb przebudzony
żaby umykają w nieobecny czas

a gdybym to ja krzyknęła
cóż ja nie potrafię przedłużyć koncertu
wypłoszę ptaki i żaden  nie usiądzie
na moich wyciągniętych dłoniach

pieszczony stopami ziemi chłód
ogarnia moje ciało
kora jest teraz oślizła jak skóra węża
trawa jest teraz zimna i wilgotna
mały lepki liść opada

a jeśli zabłądzę

nie bój się swojego cienia
szepcze wiatr
spójrz na światło
zatopionego w strumyku księżyca
podpowiada serce
czy dlatego przestał on świecić
zapal światło swej duszy 

i wtedy właśnie płaszcz wiary 
okrył dreszcze lęku
i poprowadził mnie
bezpiecznie do domu
po Bożej przestrzeni

XIII. Bal

Był sobie raz przepiękny bal,
co tyle miał uroku.
A na tym balu tyle par
wirowało w muzyki takt
w półmroku.

I był sobie dzień,
trochę smutny i szary,
ostatni w tamtym roku.
Jak niepotrzebny, zbędny gest
zgubił w pośpiechu balu czar,
w tym smutku.
W tym półmroku.

Wirowały złote pary
na tym balu, co miał gest
i serca w dłoni.
Poplątały się zamiary
w tamtym tańcu, nie do wiary,
co go czas przegonił.

Był sobie raz przepiękny bal,
co tyle miał uroku.
Ach, po tym balu
zostało jej z loka
trochę złotego brokatu
w oku.

To był ostatni sylwester na wsi. Sukienkę pomogła mi uszyć przyjaciółka z kawałka czarnego materiału.
Mój ojciec był po drugim zawale serca. Doktor zapowiedział, że trzeciego zawału, który miał nastąpić po Nowym Roku, już nie przeżyje. I tak też się stało.  

Anioły
nie chodzą do szkoły
i nie uczą się pisać, ale 
wybawią od złego,
pomogą z polskiego,
doradzą wręcz doskonale.

Anioły
chodzą w świetlistej aureoli,
na nutach nie znają się wcale,
ale na trąbach anielskich
jak mistrzowie nieziemscy
grają zawsze subtelnie w finale...

XIV. Z powrotem do miasta

Aniołem
chciałabym być
aby zawsze być
z Tobą

Aniołem
chciałabym być
aby móc kochać
jak Anioł...



Przeprowadziłam się z powrotem do miasta. Zaprzyjaźniłam się z młodą wdową, która po niedługim czasie zaczęła odwiedzać zbór zielonoświątkowy. Jaka ona stała się wtedy uduchowiona! Wprost tryskała z niej radość, która powodowała, że człowiek zaczynał widzieć całą swoją nędzę.
W każdym z nas istnieją potrzeby najwyższej rangi: miłości, akceptacji i wiary. Jeśli któraś z nich nie zostanie spełniona zaczynamy postrzegać siebie w złym świetle. Dlatego też potrzebujemy nie tylko akceptacji istniejącego w nas dobra (które postrzegają w nas inni), ale przede wszystkim akceptacji zaistniałego zła ulokowanego w naszych niechlubnych czynach, zachowaniach, poglądach, a więc grzechach.
Wiedzą o tym sekty, głosząc hasła:
"Chodź do nas. My cię kochamy takim, jakim jesteś. Kochamy cię, cokolwiek złego uczyniłeś. Dokonałeś w swoim życiu pomyłek? Każdy je dokonuje. My cię kochamy pomimo wszystko".
Kiedy człowiek może o wszystkim opowiedzieć i poczuć spływającą na niego miłość, czuje ulgę, doznaje radości, że oto "powrócił na łono Ojca" i został nie tylko przyjęty, ale ugoszczony i rozgrzeszony.
Tak zaciąga dług. A materialność i pycha człowieka sprawia, że chce on odpłacać.
Dlatego w dowód wdzięczności pozwala sobą manipulować. A że uznano w nim wszelkie dobro i zło teraz on uznaje wszystko, cokolwiek podpowiedzą mu kochający współbracia.
O tym właśnie dokładnie wiedziałam. Z jednej strony chciałam zostać zaakceptowana i rozgrzeszona przede wszystkim z tego, że nie byłam kochana a z drugiej, podejrzewałam, że te postawy nie były szczere. Oczywiście pragnęłam takiej bliskości Boga, jakiej nie dostrzegałam u znajomych katolików (wydawać by się mogło, że tylko wybrane grupy mają mandat na Boga), ale nie wyobrażałam sobie odwrócenia od Kościoła, do którego zostałam nierozerwalnie włączona poprzez chrzest.
Byłam parę razy w zborze z moją przyjaciółką. Pierwszy raz poszłam na błogosławieństwo jej małżeństwa.
Potem ponieważ zostałam zaakceptowana. Nie czułam jednak przynależności do grupy. Jeśli ktoś próbował mnie zakwalifikować jako protestanta mówiłam o mojej miłości do Bożej Matki.
Poza tym wybierałam się do Częstochowy na spotkanie z Ojcem św. J.P. II  i wszystkich o tym informowałam...

XV. Początki malarstwa

Byłam u mojego brata. Powiedział, że poznał miejscowego malarza, który był pod wrażeniem jego malarstwa. Zaproponował mu nawet wspólną wystawę w SOK-u, co wcale mnie nie zdziwiło. Mój brat potrafił "wyczarować" dosłownie wszystko. Zresztą miał dar widzenia nie tylko tego, o czym się powiedziało, ale przede wszystkim tego, co nie było widoczne dla innych. Wystarczyła jakaś nierówna faktura, ot, choćby porzucony w łazience w nieładzie ręcznik albo mozaika na podłodze, a on już dostrzegał tam jakieś postaci, zwierzęta czy rzeczy... Wszystko, co było w zasięgu jego wzroku, ożywało... Podziwiałam u niego ten dar... Podobały mi się również jego nowe obrazy.
Poprosiłam, żeby namalował coś dla mnie do mojego nowego mieszkania. Chętnie się zgodził. Obiecałam, że kupię wszystkie potrzebne materiały oprócz blejtram, ponieważ nie było to możliwe w tak małej mieścinie w tamtych czasach. Krosna trzeba było zamówić u stolarza, a na gotowe już  naciągnąć szare płótno. To z kolei wymagało zagruntowania -  najpierw rozgotowanym klejem kostnym, a po wyschnięciu cienką warstwą białej emulsji.
Kiedy wszystko przygotowałam, powiadomiłam go. Zjawił się o umówionej porze i powiedział coś w rodzaju:
Sorry, siostra, nie mam czasu, namaluj sobie sama.
Jak to sama? Przecież ja nie umiem malować...
Umiesz, umiesz, tylko nie wiesz, że umiesz. Dasz sobie radę. Piszesz poezję to i namalować potrafisz. Pokażę ci jak się używa farb. A tu masz kartkę pocztową z kwiatami na wzór. Jutro wrócę, to sprawdzę, jak namalowałaś.
A jak zepsuję? spytałam.
Nie ma takiego obrazu, którego nie można byłoby zepsuć, ale i nie ma takiego obrazu, którego nie można byłoby naprawić. Nie bój się. W razie czego, poprawię. Powodzenia! I już go nie było...

Postanowiłam spróbować. To było zbyt kuszące doświadczenie, żeby z niego zrezygnować.
Zostawił mi jakąś rosyjską malutką karteczkę, na której widniały białe chryzantemy. Wzięłam się więc do pracy.
Rano obraz był ukończony: niewyraźne kwiaty w małym wazoniku i trochę pustawe tło z lewej strony.
Wieczorem "wpadł " mój braciszek. Popatrzył na moje pierwsze "dziełko" i powiedział:
Super, siostra, masz talent...
Naprawdę ci się podoba? spytałam.
Tak, tylko tutaj przydałoby się jakieś szklane naczyńko.
Wziął cienki pędzel, trochę białej farby i na moich oczach w ciągu paru minut namalował szklany kieliszek z błyszczącym brzeżkiem... Byłam pełna podziwu: żeby tak szybko i  kunsztownie namalować szkło, trzeba było być mistrzem. Przede mną była bardzo daleka droga...

XVI. Pierwsze obrazy


Zachęcona przez brata namalowałam następny obraz.
On również mu się spodobał. Przyniósł nawet 
kolejne blejtramy i powiedział, że mam rękę do kwiatów.
Potem nie było już tak łatwo.
Nastąpił etap prób i błędów: przedobrzania, brudzenia
płótna ciemno-burymi kolorami i psucia prawie gotowych
prac... I te prace przygotowujące: gotowanie kleju,
naciąganie płótna na ramy...
Ale kiedy zjawiał się mój brat, wszystko wyglądało inaczej:
Jakie piękne mieczyki...
Gdzie?
Na twoim obrazie.
Naprawdę? Widzisz tam jakieś mieczyki?...
Oczywiście.
Ryszard brał do ręki pędzel i pokazywał mi nim niedokończone kwiaty.
Rzeczywiście... One tam były... Trzeba je było tylko wydobyć... 

XVII. Nowonarodzenie

Ktoś ci wmówił,
że w zaświatach gdzieś,
drzemie bezsilności Bóg,
a z Nim śpi treść...

Więc zasypia czujna myśl,
wiele prawd się tylko śni.
Może już najwyższy czas
obudzić wiarę w nas?...

Szukasz ciągle czegoś dalej,
choć przy tobie zawsze jest
Mądrości treść. Więc oddziel
Prawdy siew od plew...

Czy coś dzieje się dzięki tobie?
Albo dzięki przypadkowi?
Wszystko swój porządek ma,
od milionów lat...

Nieskończona wiecznie jest
Miłości pieśń. Najprawdziwsza
z wielu dróg, którą ci wyznacza
Bóg. Weź ją, weź...


VI Światowy Dzień Młodzieży zbliżał się wielkimi krokami. Zaplanowany został na 14 i 15 sierpnia 1991 r. na Jasnej Górze w Częstochowie. Pokładałam wielkie nadzieje w spotkaniu z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, tym bardziej, że tematem przewodnim miał być fragment z VIII  rozdziału Listu do Rzymian: "Otrzymaliście ducha przybrania za synów".
Postanowiłam, że poproszę Pana Boga, abym i ja dostała ducha przynależności do Niego. I nie tylko po to, aby ze wszystkimi móc powtarzać "Abba, Ojcze", ale przede wszystkim po to, aby  Duch Boży prowadził moje życie.
Pierwszego dnia, wieczorem Papież rozważał słowa:
Jestem Pamiętam Czuwam.
Tłumaczył zebranym milion sześciuset tysiącom młodym, że w życiu nie ma miejsca na podziały, ponieważ wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga.
Potem był Apel Jasnogórski i wspólne czuwanie na modlitwie.
I nic... Było tak, jak zwykle: Bóg był odległy, daleki, nie przy mnie... Byłam samotna, smutna, opuszczona... Ale nie zwątpiłam w sercu swoim. Wiedziałam, że dzisiejszy dzień miał "dosyć swojej biedy" i że "jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie"  (wg Ew. Św. Mateusza 6,25).
Drugiego dnia byłam trochę rozżalona: miałam tak mało czasu, bałam się, czy Bóg, pośród tych tysięcy, popatrzy się na mnie, niegodną, łaskawym okiem?...
Nie pamiętam już dokładnie początku Homilii, ale wiem, że chłonęłam każde słowo Ojca Świętego jak gąbka.  W pewnej chwili Papież powiedział stanowczym głosem: "otrzymaliście zrobił przerwę ducha" po czym po króciutkiej chwili dodał: "przybrania za synów" i zrobił charakterystyczny ruch ręką w kierunku tłumu (widziałam ten gest w wielkim lustrze). I wtedy stała się rzecz zdumiewająca: poczułam wiatr jak gdyby silne uderzenie powietrza i upadłam na ziemię, a właściwie na bruk. Moje serce zaczęło "rosnąć" ( tak to odczułam) i wypełniać się tak wielką radością, że była wprost nie do opisania i emocjonalnie  nie do udźwignięcia. W jednej chwili, nie zważając na ludzi, zaczęłam się na przemian głośno śmiać i płakać...
Czułam, jak wypełnia mnie całą Boża miłość...

XVIII. Święto Świętych Aniołów Stróżów

Wiele mam do zawdzięczenia swojemu Aniołowi Stróżowi, naprawdę wiele. Kiedyś opowiadałam o wielokrotnie udzielonej mi przez Niego pomocy swojemu bratankowi, a on spytał:
Ciociu, tak ciekawie opowiadasz, dlaczego nie napiszesz o tym książki?...
Świetny pomysł, napiszę obiecałam. I postaram się dotrzymać słowa w najbliższej przyszłości. Może dzięki temu dzieci zaczną doceniać Anioły...
A póki co ponieważ dziś jest święto wszystkich kochanych Świętych Aniołów Stróżów więc zastanawiam się:


Jak tu napisać wiersz o Aniołach,
gdy niewiara szaleje wokół?...
Nie wystarczy wymienić blasku Ich odcieni,
dodać Bożego Majestatu do kroków...

Pędzlem tak szybko można pokazać
postać anielską, o jakiej się marzy...
Chociaż Anioły miewają kolory,
to jednak wcale nie mają twarzy...

Sercem jest łatwiej Anioły pojąć:
oddzielić z materii, wyłonić z półmroku.
Bo chociaż Anioły są niewidzialne,
są pełne barw cudnych, Boskiego uroku...

Oddanie zrozumieć pomoże jedynie
ufność, co modlitwą rozbrzmiewa...
Dodaje żaru do skrzydeł Ich czaru,
wiarą w duszy cierpiącej dojrzewa...

Rozstajność dróg odkryć nie jest tak
łatwo, gdy grzech sumienie zakrywa
tu tylko pomoże działanie Boże,
pokuta, co duszy życzliwa...

Lecz aby prawdziwie zrozumieć Anioły,
rozpoznać Ich zamiary potrzeba miłości,
co resztkom wrogości dodać radzi
wybaczenie do wiary...

XIX. Choroba syna

     "Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam".
                                             /Ewangelia wg Św. Mateusza 7,7/

Tymoteusz rozchorował się nagle. Po prostu rano zaczął słaniać się na nogach i narzekać na plecy. Okazało się, że ma tam zaognionego guza wielkości mandarynki, otoczonego płonącą wstęgą. Pojechałam z nim do Ośrodka Zdrowia, ale dyżurujący tam lekarz stwierdził, że to jest guz niewiadomego pochodzenia, więc nie może nam pomóc i skierował syna do lekarza skórnego, do innego miasta. Ten z kolei dał skierowanie do Wrocławia na onkologię... Nie było jednak miejsca, więc wróciliśmy do domu.


Syn słabł coraz bardziej. Nic nie jadł, wymiotował i leżał w gorączce...
Na telefon ze szpitala czekałam bezskutecznie.
Prośby do Boga  w intencji Tymka zanoszone były na spotkaniach Odnowy w Duchu Świętym. Ja modliłam się codziennie w domu na różańcu, razem z moją przyjaciółką, która podtrzymywała mnie na duchu. Pewnego dnia powiedziała jednak:
Źle się modlimy. Nie prosimy o wolę Bożą, tylko o uzdrowienie. A może Bóg ma dla niego inne plany?...
Jak wytłumaczyć matce, żeby przystała na najgorsze?... Nie pamiętam, czy coś powiedziałam...
Wiem, że modliłam się jeszcze żarliwiej, spodziewając się jednak cudu, chociaż wiedziałam, że byłam jedynie bezużytecznym sługą Boga niezasługującym na litość...
Ten stan rzeczy trwał około dwóch tygodni. Ostatniego dnia wieczorem dostałam wiadomość, że zwolniło się dla syna miejsce w Klinice i że można przyjechać...
Rano usłyszałam śmiech dochodzący z pokoju chłopców, a potem szybkie kroki w przedpokoju. Ku mojemu zdumieniu do kuchni wpadł Tymek i od progu zawołał:
Ale jestem głodny!
Sprawdziłam jego plecy: po guzie pozostał jedynie ślad w kształcie znamienia, który ma do dzisiaj :)
Ale wkrótce po tym wydarzeniu zginął w wypadku samochodowym ojciec moich dzieci, mój mąż...

 

XX. O miłości




Żeby być szczęśliwym, trzeba samemu kochać... To miłość nadaje sens naszemu życiu.
Wszyscy szukamy miłości... Być może dlatego popełniamy błąd...
Żeby prawdziwie kochać innych, trzeba najpierw pokochać siebie... Inaczej  na darmo dano by nam przykazanie: "Kochaj bliźniego swego jak siebie samego."
Nie należy jednak mylić miłości z narcyzmem. Narcyzm ogranicza człowieka do własnego egoizmu, miłość zaś leczy nas z  naszych ułomności  i otwiera na innych.
Podstawą miłości jest wybaczenie: samemu sobie, innym... Pokora akceptuje naszą winę... a Boża Łaska obmywa ją. Miłość oczyszcza i goi nasze rany. Jest constans. Jest niezmienna i wieczna. Nie znika. Nie gaśnie. Nie odchodzi.
Dlatego tak łatwo Ją spotkać.  Miłość kocha nawet naszą nienawiść... I arogancję... I rozpacz. Bo Miłość po prostu KOCHA...

XXI: Choroba mamy

Dedykuję tym, którymi i my być możemy...

na pozór spokój
czyste milczące korytarze
przemykają szpitalnymi szlafrokami
prosto ku drzwiom bez klamek
prowadzą do więzień
chorób

tli się w niedogaszonych papierosach
potrzeba orzekania o wolności

w przebrzmiałych
od wyrzutu spojrzeniach
co raniły i dziwaczały
u boku najbliższych
rozpoczęła swe panowanie
para-skrucha

drzemie mądrość
w szpitalnym kitlu
uśpiona i przykuta do łóżka

na pozór spokój
czyste milczące korytarze
widziały
co innych osądzali
osądzą
dla których pomiędzy śmiesznością
głęboko ukrytą
a słowem surowym
zaludnią się cienie korytarzy                         

Stronie Śląskie 1984 r.

Moja mama nie rozchorowała się z dnia na dzień. Jej choroba po prostu nasilała się w miarę upływającego czasu, a po śmierci ojca osiągnęła apogeum. Kiedy pewnego dnia uciekła z własnego mieszkania, trzeba ją było zawieść na leczenie psychiatryczne. Faszerowano ją tam jakimiś tabletkami, po których trochę się roztyła, "zmiękła i zwiotczała".
Zresztą, przykro było patrzeć na wszystkich przebywających tam pacjentów, którzy zagubili gdzieś na drodze życia swoje jestestwo.
Byli jak dzieci: bezradni, bezbronni, odarci z poczucia własnej wartości, skazani na posłuszeństwo chorobie.
Pamiętam, że podczas odwiedzin, podchodzili do mnie i skandując sylabicznie, pytali:
- Masz papierosa, daj papierosa, masz papierosa...
Potem wszyscy siadali na podłodze i opowiadali swoje żale...
A mama wołała mnie po cichu, stojąc obok drzwi na korytarz, abym była tylko dla niej, bo przecież byłam jej córką...
Potem mama wróciła do siebie, ale nie na długo. Pewnego dnia jej stan pogorszył się do tego stopnia, że wysłano ją do "zwykłego" szpitala na oddział, który nazywano umieralnią... Nie wiedziałam wtedy o tym.
Przyjechałam do mamy i spytałam, jak się czuje, na co ona odparła, że umiera.
Chciałam ją pocieszyć (a może siebie) więc powiedziałam:
- Mamuś, będziesz żyła.
- Ja umieram... - powtórzyła mama po raz drugi.
- Nie umierasz, będzie dobrze - odparłam.
- Jadźka, czy ty głucha jesteś! - krzyknęła moja mama. - Mówię ci przecież, że umieram. Widzę Anioła Śmierci przy moim łóżku.
Lekarz pozwolił mi zostać w szpitalu. Moja mama została namaszczona Sakramentem Chorych i przyjęła  Komunię Świętą... Miała trudności z oddychaniem i skarżyła się na ból klatki piersiowej.
Umierała w nocy. Na pięć minut przed śmiercią zapadła w ekstazę... Patrzyła na sufit z uwielbieniem i miłością... Po bólu nie było nawet śladu... Była taka spokojna i szczęśliwa jak nigdy dotąd... A na jej twarzy malował się zachwyt...

XXII. Wiersz z dedykacją

            Dla  Mamy         

                                                                           
- widzisz mamo -
niby kwiat różowy
biały motyl w blasku zorzy...
niby niebo
a błękit sięgający nocy
jak nietoperz
żywa peleryna stworzeń
- ty określić określone
możesz...

- widzisz mamo -
szara ćma
zapomniana przez naturę
stopniał wdzięk jej
w tańcu świecy
jak wiatr
niedogaszony płomień szalał
- tak niełatwo
on ocalał...

- widzisz mamo -
proste słowo
a układnych głosek strumień
powtarzanych od dzieciństwa
niby składnie
- jak to zdanie
wyuczone ładnie...

ile słów niepowiedzianych
- odkryj mamo -
widzisz, jak nie umie nazwać
tej wdzięczności
co oplata twe korzenie
by zbyt prosto nie zabrzmiało
me wzruszenie...

   1985 r.

XXIII. Okres prób i błędów




Zdarzało mi się, że tak długo pracowałam nad jakimś obrazem, aż nic już z niego nie zostawało.
Brałam wtedy szpachelkę i zdzierałam nią grubą warstwę farby. Albo na istniejącym już obrazie malowałam następny.
Wiedziała o tym moja koleżanka, więc kiedy zobaczyła, że noszę się z zamiarem popsucia, porwała mokry obraz ze sztalug i z nim uciekła. Dało mi to do myślenia, że to nie obraz był zły, ale ja  byłam niezadowolona...
Nauczyłam się nie brać do ręki pędzla, kiedy miałam problem.

Obraz jest dzieckiem malarza. Matka, która krzyczy na dziecko nie sprawi, żeby stało się lepsze..
Tylko serce spokojne i kochające może pobudzić do życia dzieło...

XXIV.Rozpakowany prezent...Zakończenie:)

zamówiłam kiedyś modlitwę
bez wielkich słów
cicho i pokornie powiedziałam
Boże pomóż

i naszła na mnie
na zamówienie
modlitwa Wielkiego...


Od tamtej pory to Pan Bóg prowadzi mnie przez życie. Wszystko dzieje się we właściwym czasie, we właściwym miejscu i we właściwy sposób...

Pewnego dnia pewna pani zapytała mnie, czy ukończyłam jakąś szkołę plastyczną.
- Nie - odpowiedziałam.
- To niemożliwe - kontynuowała ta pani - to skąd taki talent?
- Właśnie - uświadomiłam sobie wtedy - ja go otrzymałam w prezencie...!

Ten świat,
który śpiewem ptaków
budzi nas co rano
jest cudownym prezentem:
od naszego Pana.

Topole urokliwe,
dumne i dostojne
oddają cześć Bogu
na niebie pokornie.

Łany zboża roztańczone
na wietrze zuchwale,
łzę w oku wyciskają
żółtością dojrzałą.

Strojna wiejska droga
wdzięczy się barwami,
niebo przyozdabia
zorza kolorami.

Cały świat,
gdy zmieniając dekorację
barwami się trudzi,
jest niezmiennie prezentem 
dla nas wszystkich. Ludzi.

                                KONIEC


NR ISBN: 978-83-933052-0-9